Reportaż z mojej zeszłorocznej wyprawy na rzekę Po, podczas której złowiłem wraz z moim przyjacielem największego suma złowionego przez Polaków na świecie.

nr1

Rzeka przywitała nas mało optymistycznie – mocno podniesiona i bardzo mętna. Niosła dużo krzaków, drzew oraz śmieci. Dopiero w czwarte wytypowane przez nas miejsce mogliśmy wjechać samochodem tak, by się nie zakopać w glinie i jakoś rozbić namioty oraz obóz. Dodatkowo pogoda jak na Włochy też nas nie rozpieszczała, bo przez pierwsze dwa dni padało i wiał silny wiatr. Taka pogoda jest dużym utrudnieniem, gdyż brzegi i całe podłoże robi się bardzo miękkie i wszystko jest ubrudzone błotem. Najlepszym rozwiązaniem na taką pogodę są spodniobuty lub wodery. Trzeba też obserwować stan rzeki, gdyż dość szybko się podnosi i można obudzić się z wodą w namiocie.

nr.2

Wyruszyliśmy z Zabrza jednym samochodem ciągnąc przyczepę z pontonem, w którym był złożony drugi ponton oraz dwa silniki.
Postanowiliśmy, że pływając dwoma jednostkami szybciej poznamy rzekę oraz wyciągniemy jakieś wnioski. Łowiąc już na miejscu trzymaliśmy się blisko, by w razie potrzeby pomóc jeden drugiemu. Codziennie zmienialiśmy skład pary i trzeciego pływającego solo.
Szczerze – nie pamiętam kto to zapoczątkował, ale od kilku już lat mamy taką zasadę podczas łowienia sumów, że ryba złowiona na łodzi jest wspólna. Dotyczy to wspólnego holowania, pomagania przy podebraniu i całej otoczki. Nie ma znaczenia, na jaką wędkę i przez kogo trzymaną jest branie. To co się dzieje po braniu, jest pracą zespołową. Ten kto łowi sumy doskonale wie o co chodzi i wie, jak wiele różnych niespodzianek i trudności możemy napotkać podczas holowania ryby większej nierzadko od nas samych. Bardzo często praca silnikiem podczas holu przez drugą osobę będącą na łodzi jest niezbędna by nie stracić zdobyczy.

nr.3..
Dwa pierwsze dni to deszcz i zero ryb.
Trzeciego dnia przestało padać, wiatr ustał i nareszcie wyszło słońce.
Sum wziął dokładnie na głębokości 4,4 metra i natychmiast z impetem skierował się w kierunku głębokiej wody z szybkim nurtem. Na początku wyglądało, że nie jest to duży okaz, gdyż płynął prosto w naszą stronę i dopiero gdy minął ponton, pokazał swoją siłę, wyciągając z kołowrotka ok. 40-50 m plecionki.
Mieliśmy szczęście bo Piotr zdołał zatrzymać suma jeszcze na płytkiej, spokojnej wodzie. Jednak ja cały czas nie wiedziałem, z jaką rybą mamy do czynienia. W związku z moim większym doświadczeniem w łowieniu sumów, po kilku minutach przejąłem wędkę i bardzo szybko stwierdziłem z uśmiechem na twarzy „ dobry jest” co znaczy że ryba ma ponad 2 m.
Z wielkim trudem odzyskałem utracone 40 metrów plecionki i przekazałem wędkę Piotrowi.

Muszę przyznać, że mina Piotra po pierwszym wyjściu suma z wody była bezcenna. Po prostu to, co zobaczył, kompletnie go zaskoczyło. Już wiedziałem, że teraz kolej na mnie i muszę suma w jakiś sposób wciągnąć do pontonu.
Na brzegu nie byliśmy w stanie wyciągnąć ryby z pontonu, gdyż adrenalina opadła i brakło nam sił. Pierwsze, co zrobiliśmy, to pomiar. Rozciągnęliśmy miarkę i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom – 249 cm!!! Ogromna radość. Jaka waga? Oceniliśmy go na 120-130 kilogramów.
Piątego dnia postanowiliśmy wstać bardzo wcześnie i wykorzystać okazję do całodziennego łowienia. Spływając do bazy późnym popołudniem zdecydowaliśmy, że wrócimy jeszcze na moment w miejsce, gdzie rano mieliśmy wyraźne branie. Będąc ok. 150 m poniżej, kończąc nawrót i wyciągając woblery z wody, poczuliśmy uderzenie. Sum od razu próbował skierować się w zwaliska drzew i z trudem udało mi się go odwieść od tego zamiaru. Piotr w tym czasie korygował nasze położenie silnikiem. Hol był intensywny i wydawało się, że ryba ma również ponad 200 cm. Jak poprzednio – holowaliśmy rybę na zmianę z Piotrem. W międzyczasie powiadomiliśmy również Arka, który do nas dopłynął. Sum po wyjściu na powierzchnię okazał się być dużo mniejszy od poprzedniego i po wyciągnięciu z wody miarka wskazała 195 cm – piękna, bardzo mocna ryba.

 

nr. 6

Przy wieczornym ognisku planowaliśmy ostatni dzień pobytu nad rzeką. Zostało nam już tylko ranne łowienie, gdyż po południu wracaliśmy do Polski. Miałem przeczucie, że coś się jeszcze wydarzy. Arek mówił do Piotra, że jutro pobijemy rekord – było ciśnienie, gdyż ryby wykazywały wyjątkową aktywność.
Piotr postanowił odpuścić łowienie i pospać trochę dłużej. Prawda jednak była taka, że pozostał nam tylko jeden sprawny ponton do trollingowania (awaria silnika). Wypływając rano z Arkiem, myślałem tylko o jednym miejscu, w którym dzień wcześniej wypiął mi się duży sum. Przy drugim nawrocie, płynąc z prądem wody pokazywałem Arkowi dokładne miejsce wczorajszego brania. Nagle, dokładnie w tym samym miejscu – mamy branie! Takie rzeczy się nie zdarzają – przecież łowimy dopiero od 15 minut!!!
Po około 10 minutach pierwszy raz zobaczyliśmy suma na powierzchni – zaparło nam dech w piersiach. Teraz czekało nas najcięższe zadanie – wciągnięcie tak dużego suma do pontonu. Arek trzymał wędkę a ja na burcie czekałem na pierwszą sposobność podebrania. Jest – mam go!!! Mocny uchwyt dwoma rękami. Nie wiem jak udało mi się to zrobić, ale wciągnąłem ponad 100 kg suma na ponton. Ogromna radość i krzyk. Popłynęliśmy do bazy gdzie do pontonu dosiadł się Piotr by wspólnie na plaży zrobić pomiar i zdjęcia.
Zmierzyliśmy rybę i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom – sum miał 260 cm długości i ważył około 100-120 kg.
To, co dwa dni temu zdawało się wynikiem niemożliwym do pobicia, nagle stało się faktem. Sum 260 cm jest największym  złowionym przez Polaków metodą trollingową na świecie.

Cały reportaż „Sum 260 cm” mojego autorstwa znajdziecie w „Wędkarskim Świecie” 6/2014 str. 8.